Wietrzna marcowa niedziela. Z gatunku tych, które pobudzają do życia. Na błękitnym niebie symfonia skłębionych obłoków podbijana ostrymi promieniami słońca. Niby ciepło, niby bezpiecznie, niby spokojnie. Choć wścibski wiatr napiera na okna podczas rodzinnego obiadu.
W taki dzien chciałbym umrzeć. Więc jestem spokojny, że Pan Bogusław miał metafizyczną oprawę pożegnania z Matrixem (znaczy - doczesnym padołem, jak mniemają realiści). Przynajmniej moim zdaniem.
Nie zwykłem płakać za zmarłymi. Szczerze nie wierzę w definitywny koniec. Szczerze - nie przepadam za Matrixem.
Zdarza mi się zaś im zazdrościć. Szczególnie tym, których życie wydaje się pełne.
PIerwsza piosenka, jaką w życiu zapamiętałem. Bogusław Mec - Jej portret.
Mniej więcej - 40 lat temu. Będąc małym szkrabem często oglądałem telewizję PRL. Ten obrazek do dziś mam w głowie.
I te dźwięki do dzisiaj są bezpieczne. Jak stada obłoków żwawo poruszających się za oknem. Istniejących po to - byśmy mogli je podziwiać.
Więc pozostaje mi życzyć Panu Bogusławowi po prostu szczęśliwej drogi.
Niedawno odeszła moja Mama... w zimowym dniu, w dniu swoich 65 urodzin...
Szczęśliwej drogi wszystkim, którzy w tę drogę się wybrali i wybierają. Do zobaczenia.